Polemika do polemiki
sobota, 27. czerwiec 2009 , 12:09

Ad 1. Menedżerowie wielkich instytucji finansowych (np. w USA – AIG, czy Wlk. Brytanii – RBS) zostali właśnie niedawno wskazani i nawet publicznie napiętnowani, co jednak nie przeszkodziło im pobrać bardzo duże odprawy, a w niektórych przypadkach procesować się o nie.
Prezydent Obama próbuje ukrócić takie zachowania pseudobiznesowe poprzez zaostrzanie prawa i nadzoru finansowego. To chyba potwierdzenie moich tez o przyczynach obecnego kryzysu. Podobnie jak postępuje Obama wobec branży finansowej i finansistów, powinno się moim zdaniem postępować wobec innych „przedsiębiorców” z innych branż.
Nie mówiłem nigdy o planowym ograniczaniu produkcji, lecz o wydłużaniu cyklu życia produktów i nieprodukowaniu „tandety”, sprzedawanej nierzadko po wysokich cenach. Proszę uważniej czytać, pomimo że Internet skłania nas do szybkiego przewijania informacji…
Wtedy nasz interesujący dialog będzie jeszcze bardziej interesujący i owocny.

Ad 2. Nie wiem, czy komuś udało się teleportować „namiastkę”, ale życzę powodzenia.
Nie wydaje mi się, że poważna „przeprowadzka” produkcji do Rumunii da się ot tak cofnąć e-mailem. A w międzyczasie pracownicy będą bezrobotni?! Z czego będą żyli – ze spamu mailowego?!
Trudno też przypuszczać, żeby Nokia co i rusz inwestowała w nowe maszyny i pozostawiała je bezczynnie gdzie indziej. Technicznie to pewnie możliwe, ale ekonomicznie pachnie to nostalgią za poprzednim systemem. Jeśli chodzi o dalszą część Pańskiej wypowiedzi w tym akapicie („Czy taniość niektórych krajów nie polega na tym, że rząd gwarantuje zmuszenie swych obywateli do taniej pracy?”), to chętnie pod nią się podpiszę – zbyt wielu polskich ekonomistów i polityków twierdzi, że musimy oszczędzać i zaciskać pasa, żeby dogonić Zachód, i że musimy akceptować wzrost cen towarów i usług (nierzadko gorszej jakości niż na Zachodzie – patrz proszki do prania), gdyż jest to w globalizującej się gospodarce naturalny proces wyrównywania poziomów cen między polskimi zaniżonymi a zachodnimi właściwymi cenami.
Tyle tylko, że ci ekonomiści zapominają, że praca też ma swoją wymierną wartość i cenę, i że tę cenę (inaczej płacę/wynagrodzenie) też należałoby dostosowywać do poziomu zachodniego.
Nie mogę przeto zgodzić się z poglądem pewnych środowisk liberalno-„postępowych”, że płace w Polsce muszą być niższe, bo Polacy pracują mniej wydajnie. Może niektórzy reprezentanci tego środowiska pracują faktycznie mniej wydajnie, ale są tacy, którzy naprawdę ciężko pracują, np. ekspedientki w supermarketach w niedzielę (i to w środku nocy).
Nasi „mało wydajni” kierowcy „TIR-ów” (i cała rzesza innych zawodów) zostali z otwartymi rękami przyjęci na Zachodzie i otrzymali dużo wyższe płace niż wcześniej w naszym kraju. Zresztą, jeśli powszechnie wiadomo, że za niską cenę można kupić raczej tylko towar złej jakości, to dlaczego niektórzy myślą, że za niską płacę można oczekiwać „gonienia Zachodu” i wydajnej pracy od przemęczonych ludzi, harujących po co najmniej 10 godzin na dobę i dodatkowo „dołowanych” informacjami prasowymi, że są mało wydajni, nietolerancyjni, kseno- i homofobiczni i w ogóle „be”.
Ciekawe, że te same środowiska, które „logicznie uzasadniają” niższy poziom płac polskich pracowników i które wynegocjowały niższe dotacje dla polskich rolników, z tym samym zaangażowaniem „logicznie uzasadniają” konieczność zniesienia „ustawy kominowej”, gdyż jak twierdzą, za liche 10-20 tys. złotych żaden porządny menedżer nie będzie pracował w państwowej spółce.
Problem zresztą nie jest tylko polski. Jeszcze przed obecnym kryzysem gospodarczym w Niemczech i USA rozgorzała debata publiczna nad „nadmiernymi i nieuzasadnionymi” wynagrodzeniami wielu top-menedżerów, zwanych CEO (ang. Chief Executive Officer”).
W kryzysie część z tych menedżerów pokazała prawdziwe oblicze i wątpliwe przywiązanie do firm, których interesów mieli zadanie strzec.
Problem nie jest też nowy. Od drugiej połowy XX w. można w wielu krajach Zachodu obserwować tendencję do szybszego procentowego wzrostu rentowności dużych korporacji transnarodowych i płac menedżerów wysokiego szczebla od procentowego wzrostu PKB i płac szeregowych pracowników. Warto zwrócić uwagę, że w USA w erze przed Reaganem relacja zarobków robotników do zarobków menedżerów kształtowała się mniej więcej jak 1:7, po czym za rządów Reagana jak 1:20, zaś obecnie już jak 1:200,a czasami nawet 1:500. Śladem Północnych Amerykanów idą inne nacje, np. Niemcy i… Polacy (tzn. pewne opiniotwórcze kręgi polityczne i gospodarcze naszego kraju). Świadczy to o postępującej coraz szybciej zmianie sposobu dystrybucji dochodu narodowego na korzyść bogatych.
Należy przy tym mieć na uwadze, że w naszych warunkach społeczno-gospodarczych można oczekiwać szybszego bogacenia się całego narodu, jeśli motorem rozwoju społeczno-gospodarczego będzie klasa średnia.
Np. Niemcy swój cud gospodarczy po II wojnie światowej (niem. Wirtschaftswunder) zawdzięczają m. in. właśnie klasie średniej (niem. Mittelstand). Piszę „m. in.”, gdyż Niemcy stali się po II wojnie światowej beneficjentem planu Marshalla, z którego nam wielki brat ze Wschodu nie pozwolił skorzystać. Powstawanie zaś oligarchii (jak w Rosji) prowadzi do nadmiernego rozwarstwienia społeczeństwa (zaniku poczucia sprawiedliwości i solidarności społecznej, rozluźnienia więzi społecznych, zaniku społeczeństwa obywatelskiego) i podporządkowywania interesów ogółu (narodu) wąskiej grupie społecznej, składającej się ze środowisk biznesowych i politycznych, sprawujących władzę gospodarczą i polityczną oraz poprzez media rząd dusz (w tym kontekście ze „wzruszeniem” można przypomnieć gospodarską wizytę premiera Putina w jednym z rosyjskich sklepów pod koniec czerwca 2009 r., kiedy za jego wstawiennictwem w tymże sklepie postanowiono natychmiast obniżyć ceny do akceptowalnego poziomu; wcześniej zresztą Putin był widziany w jednym z berlińskich fastfoodów, gdzie tak jak zwykli Europejczycy zakąszał „coś tam”, ale nie kawior!, co miało poprawić surowy wizerunek tego męża stanu przed przejęciem przez Rosjan koncernu Opla). Tutaj leży pewnie jedna z przyczyn obecnego kryzysu, którego korzenie tkwią głębiej niż powszechnie się uważa, bo nie tylko w gospodarce, ale i w relacjach społeczno-gospodarczych, i sferze etyczno-biznesowej.

Korzenie kryzysu tkwią także w opieraniu w coraz większym stopniu światowej gospodarki na konsumpcjonizmie. Mechanizm jest prosty, ale niestety zawodny i nie tworzący trwałych wartości. PKB rośnie szybciej, gdy firmy szybciej sprzedają swoje towary. Żeby towary były szybciej sprzedawane potrzebna jest: sprawna logistyka umożliwiająca sprawne manipulacje materiałowe, tani transport (niskie ceny ropy naftowej), krótki cykl życia produktów, żeby klienci musieli ciągle nabywać nowe produkty (można sarkastycznie powiedzieć, że to jest trwały i zrównoważony popyt – czyli z ang. sustainable demand), wymyślny marketing oddziaływujący często na sferę podświadomości (dodatkowo pobudzający popyt, nakręcany już i tak sztucznie skracanym cyklem życia produktów) i finansowanie zakupów przez tanie kredyty konsumenckie.

  |str. 1| 2 | Następna
» Wstecz
DODAJ DO: facebook Twitter
Wyślij tekst znajomemu Drukuj
Dodaj Komentarz (rozwiń)
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.
Spedycje.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
 
 
Wybierz najlepszy kalendarz branży TSL 2012
DB Schenker
Delta Trans
Diera
Katowice Airport
PKS Gdańsk Oliwa S.A.
Stan Trans
CTL Logistics
O nas |  Kontakt z redakcją | Reklama / Advertising | Partnerzy | Newsletter | RSS | Zgłoś błąd na stronie
Arsped Sp. z o. o. 2009 - Wszelkie prawa zastrzeżone