| Z bocznego fotela… |
|
| piątek, 04. grudzień 2009 , 09:40 |
|
|

Kursant niezdolny do jazdy
„Obyś cudze dzieci uczył” – grzmią nauczyciele przeklinający swój los, ale instruktorzy wcale nie mają łatwiej. W zwykłej szkole określony plan nauczania należy przedstawić grupie ujednoliconej przynajmniej wiekowo, a więc równej mniej więcej pod względem rozwoju intelektualnego. Podczas kursu na prawo jazdy, nawet jeżeli w sali wykładowej siedzi dziesięć osób, mamy cały przekrój społeczeństwa, to jak trafić do wszystkich?
W tym odcinku pozwolę sobie subiektywnie napisać z perspektywy bocznego fotela o trudnym problemie kursantów niezdolnych do jazdy.
Pierwszy kontakt z nimi mamy w sali wykładowej. Ponieważ spędzamy z kursantami ważną część ich życia, egzamin trwa zaledwie chwilę, przygotowanie do bycia kierowcą znacznie dłużej, więc spotykając się, powiedzmy, w ciągu półrocza, możemy przeżyć kilka niespodzianek. Natomiast pierwsze zajęcia są najbardziej fascynujące, zastanawiamy się bowiem, z kim będziemy mieli do czynienia. Zaczyna się loteria, kogo będzie łatwiej nauczyć, a z kim może być problem. To okrutne, ale te oceny wystawiane są jedynie na podstawie ogólnego wyglądu, wieku, wykształcenia, stanu rodzinnego i wykonywanego zawodu. Informacje są proste do ustalenia, przecież większość widnieje w dokumentach niezbędnych przy zapisywaniu na kurs, a resztę w zupełnie niewymuszony sposób dopowiadają sami zainteresowani.
Na tym etapie jest jeszcze możliwość wychwycenia braku predyspozycji do prowadzenia samochodu podczas badań lekarskich, bo nie każdy może i powinien być kierowcą. Ale jeżeli lekarz nie zauważy niczego niepokojącego, zostaje nam zastanowić się nad dydaktycznym dobraniem odpowiedniej metody nauczania. A przekrój przez społeczeństwo jest pełen. Przecież przed nami zasiądzie i uczeń, i student, i mechanik, robotnik, nauczyciel, lekarz, prawnik, artysta. To już jest kilka osób, które zupełnie inaczej będą odbierać i przyswajać tę samą wiedzę.
Klasyczne pytanie: czy wszystko jest zrozumiałe? – nie pomoże, spowoduje raczej niezręczną ciszę. Kursanci, zwłaszcza na początku, boją się ośmieszenia przed grupą, więc wolą wcale nie pytać niż zadać banalne pytanie. A przecież doskonale wiemy, że każdy element w nauce jazdy, jeżeli zostanie pominięty lub nie do końca zrozumiały, może mieć realny skutek na drodze w postaci niepewnego ruchu, a jeden taki ruch może mieć ogromne konsekwencje. Trzeba więc wyrobić w sobie umiejętność oceny faktycznego stanu przyswojenia wiedzy jedynie na podstawie obserwacji zachowania naszych kursantów, czyli czyje oczy rozumieją to, co mówię, a czyje nie.
Najwięcej problemów z teorią dotyczy wyobrażenia przestrzennego, co zresztą przekuwa się w kłopoty związane również z praktyką. Pytania testowe typu parkowanie równolegle czy prostopadle do jezdni są trudne nie ze względu na zawiłość odczytania znaku, ale przez określenie w przestrzeni. Często zatem wykłady opierają się na pokazywaniu rękoma, co oznacza równoległe, a co prostopadłe ustawienie… Bardzo podobnie wyglądają lekcje, podczas których omawia się zasady na skrzyżowaniach. Tu problemem jest zasada prawej strony. Bardzo trudne do wyobrażenia są przypadki lewoskrętu, gdy należy ustąpić nadjeżdżającemu z prawej strony i z przeciwka.
Padają pytania: „dlaczego temu z góry?” (znowu kłopot z określeniem przestrzennym), „przecież on nie jest po naszej prawej…” i nagle, gdy praktycznie zaczną rozwiązywać skrzyżowanie całym ciałem, pada sakramentalne „acha”. |