Tragiczne wydarzenia ostatnich dni zwracają oczy całego świata na logistyków, od których oczekuje się by nieśli pomoc humanitarną nieszczęśliwym ofiarom trzęsienia ziemi w Haiti. Wytyka się przy tym słabości stosowanej logistyki, gdy np. ratownicy muszą zbyt długo czekać na obiecany im samolot, że pomoc nie jest zbyt obfita, że nie dochodzi tam gdzie jest potrzebna albo nie dociera na czas, itp. Pretensje te świadczą o tym jak silne jest przekonanie, że logistyka to procesy dostarczania dóbr.
[ban]
Jednak w przypadku katastrof naturalnych najłatwiej dostrzec nieadekwatność definiowania logistyki poprzez proces. Faktem jest, że tuż po katastrofie rozpoczyna się dostarczanie poszkodowanym rozmaitych towarów, które bez dyskusji są dla nich konkretnym dobrem. Jednak proces ten można by – zgodnie z definicją – nazwać logistyką dopiero po jego zakończeniu, gdy już można go będzie zobaczyć w całości. Albowiem nigdy wcześniej tego procesu nie można było zaobserwować, aby poprzez jego analizę przygotować się odpowiednio do jego realizacji.
Proces pomagania ofiarom katastrofy jest zawsze unikalny. Zdarza się po raz pierwszy i nigdy nie zostanie powtórzony. Wszelkie analizy post factum są spóźnione, a przez to także zupełnie zbędne, zarówno dla pomagających jak i odbiorców pomocy.
Oczywiście analiza zakończonego procesu może być – jako kolejne doświadczenie – przydatna do przygotowania przyszłych działań. Tak jak po tsunami z 2004 roku wyciągnięto wniosek, że na świecie powinien być chociaż jeden ktoś, kto wiedziałby jak postępować w takich sytuacjach. Zaczęło się od tego, że pracownicy laboratorium, w którym obserwowano na bieżąco satelitarny obraz fal oceanicznych nie znali numeru telefonu, na który mogliby przekazać ostrzeżenie o zbliżającej się fali, a skończyło się na dostarczonych kontenerach, których nie umiano otworzyć ani nie było ich czym przewieźć do miejsc z potrzebującymi ludźmi. Dlatego tzw. działania logistyczne z tamtego okresu mogą stanowić przykład nieskuteczności procesowego podejścia do logistyki.
Niestety natura daje kolejną szansę sprawdzenia czy od tamtego czasu cos się zmieniło. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że nic się nie zmieniło. Poprawiono to, co było niedobre poprzednim razem, ale udzielający pomocy zostaną jak zwykle zaskoczeni nowymi okolicznościami, które poprzednio nie wystąpiły. Dowiemy się o tym z kolejnych relacji z obszaru klęski żywiołowej.
Podobnie jak podczas drugiej „wojny w zatoce” wykorzystywano doświadczenia zdobyte podczas poprzedniej wojny, ale tylko w poznanym wcześniej zakresie. Nie uwzględniono jednak tego, że metodę dostarczania zaopatrzenia przed nacierającymi wojskami, należało twórczo zastosować do zrzucenia jakiegoś oddziału wojskowego, który w oczekiwaniu na nacierające wojska własne, chroniłby razem z Irakijczykami bagdadzkie muzeum przed rabunkiem. Nie pomyślano o tym i do dziś nie powstała książka o osiągnięciach wojskowej logistyki w czasie tej wojny, bo nie ma czym się chwalić.
Logistyk jako ten, który warunkuje dostarczanie, dóbr musi działać znacznie wcześniej nim wystąpi potrzeba wykorzystania jego kompetencji. Czas katastrofy, to tylko niechciana okazja do sprawdzenia, czy wcześniej zrobiono wszystko to, co potrzeba dla niesienia pomocy poszkodowanym. A w tym celu nie wystarczy wytrenować zespoły ratowników do niesienia pomocy. Należałoby też dopilnować, by na terenie objętym możliwością trzęsienia ziemi, budynki były stawiane wg reguł sztuki budowlanej. Jednak już choćby przyjęcie takiego obowiązku przekracza współczesne przygotowanie logistyków. Odgradza się ich od wpływu nie tylko na sposób budowania, ale także od organizowania życia społecznego czy ustroju państwa. Wzywa się ich tylko do dostarczania pomocy humanitarnej, choć jej rodzaj i rozmiary ściśle zależą od czynników, na które logistycy nie mają wpływu. Może to być źródłem frustracji pozostawiającej swój niezatarty ślad tak jak u tych, którzy żyją ze świadomością niemożności ostrzeżenia ludzi zagrożonych poruszającą się po oceanie falą.
Tym razem w Haiti logistycy nie tylko będą bezradnie obserwować, jak dostarczana pomoc będzie rozkradana, nie docierając do potrzebujących ludzi. Zetkną się bowiem ze strukturą społeczną, jakiej nie mogli przewidzieć przygotowując procesowe procedury dostarczania towarów.
Jest tak dlatego, że za logistyką stoi jedynie praktyka minionych doświadczeń, które obserwuje się przez pryzmat procesów przemieszczania towarów. Wprawdzie jest ona wynikiem zastosowania wielu dyscyplin naukowych, ale jako wyróżnik tej dziedziny przyjęto wytwór wspólnych działań, jakim jest tzw. „łańcuch dostaw”. Nie ma zaś teorii, która wyprzedzałaby możliwe zastosowania logistyki. Umożliwiałoby to przygotowanie się do wszelkich ewentualności w zakresie warunkowania dostarczania dóbr, zanim dojdzie do jakiejkolwiek katastrofy. Tylko na takiej podstawie można by wykazać konieczność podjęcia działań, których wynikiem będzie gotowość na sytuacje, do których lepiej żeby nigdy nie dochodziło. Można by też postulować odpowiednie przygotowanie się do sprostania wyzwaniom, jakie niesie ze sobą każda katastrofa naturalna.
Na razie można jedynie obserwować symptomy odejścia od doktryny, że „łańcuch dostaw” jest dobry na wszystko. Można tak traktować postulaty, by „łańcuch dostaw” szyć na miarę branży i klienta, a do tego tak by był on „elastyczny” i „zwinny”. Z czasem stanie się widoczna wewnętrzna sprzeczność tych postulatów. Stąd będzie już tylko krok do troski o warunki dostarczania dóbr, a nie o ich widoczny skutek w postaci procesu.
W trudnej sytuacji mogą się znaleźć wyższe szkoły, które nie zważając na brak teoretycznego uzasadnienia przyjęły „łańcuch dostaw” jako podstawę wykształcenia logistycznego. Dla ich absolwentów katastrofy naturalne będą jedynie wyjątkiem od reguł rutynowego dostarczania towarów wg wyuczonych modeli referencyjnych. Tylko, że za tymi wyjątkami kryć się będą realnie cierpiący ludzie.