Moja wyprawa na Elbrus
Roman Odolczyk
Trochę informacji o celu wyprawy
ELBRUS - po kabardyjsku OSZHOMAHO (góra szczęścia), w bałkarskim MINGI-TAU (podobny do tysiąca gór) - najwyższy szczyt Rosji i masywu górskiego Kaukazu położony w zachodniej części głównego łańcucha na terenie Kabardo-Bałkarii. Jest to stożek wygasłego wulkanu o dwóch szczytach: zachodni (wyższy) - 5642 m n.p.m i wschodni - 5621 m n.p.m.
Geologicznie, nie należy do pasma Kaukazu, lecz jest wygasłym wulkanem zbudowanym z law andezytowych, prawie w całości pokrytym lodowcami o powierzchni około 138 km2 i wiecznym śniegiem (od wys 3700-4000 m) .Z tego względu jest o ok..półtora kilometra wyższy od najwyższych otaczających go szczytów.Leży na północ od głównego pasma Kaukazu. W 1829 r zdobyto szczyt Wschodni a w 1874 - szczyt Zachodni.
Nazwa ELBRUS pochodzi prawdopodobnie z języka perskiego Istnieje kilka przyjętych granic między Azją a Europą na odcinku między Morzem Czarnym i Morzem Kaspijskim. Jedna z nich zakłada, że granica biegnie szczytami Kaukazu – wówczas Elbrus należałoby traktować jako najwyższy szczyt europejski
ETAP 1 - DROGA
Pomysł na wyprawę kaukaską zrodził się w mojej głowie chyba w lipcu 2005 r. Po wielu latach wędrówek po Tatrach polskich i słowackich, pomyślałem, że warto wszystkie swoje doświadczenia wspomnienia i przeżycia jakoś podsumować i zacząć nowy rozdział w przygodzie z górami.
Celem był ELBRUS (5642 m n.p.m) najwyższy szczyt Kaukazu. Do wyprawy zaplanowanej na czerwiec 2006 przygotowywałem się kilka miesięcy, intensywnie biegając i szlifując formę fizyczną. Gdy więc 17 czerwca spotkałem się z grupą przyjaciół z POLSKIEGO KLUBU ALPEJSKIEGO na dworcu kolejowym w Katowicach czułem, że kondycja mnie nie zawiedzie, natomiast zagadką był dla mnie wpływ wysokości na mój organizm. Nigdy bowiem do tej pory nie przebywałem tak wysoko.
Spotkaliśmy się w Katowicach - stąd zaczyna się nasza przygoda z Kaukazem. Ekipa liczy 18 osób z róznych stron Polski (i nie tylko) .Kierownikiem i liderem wyprawy jest Boguś Magrel - doświadczony wspinacz, himalaista, dla którego będzie to czwarty czy piąty pobyt na Kaukazie. Jesteśmy, zatem pod dobrą opieką.
Ruszamy. Ostatnia kawa na dworcu i pakujemy plecaki do pociągu do Przemyśla. Następnie z lekkim opóżnieniem przekraczamy granicę z Ukrainą i około 21 docieramy rozklekotanym autobusem do Lwowa.
Miasto jest ciemne, palą się tylko światła w oknach domów - robi to przykre wrażenie. Docieramy do domu noclegowego, rozlokowujemy się w pokojach, niestety nie ma wody. Ruszamy do miasta, udaje nam się nawet coś zjeść i wypić ukraińskie piwo. Nocą Lwów robi na mnie smutne wrażenie. Chciałbym tam wrócić na dłużej i lepiej poznać miasto. Następnego dnia wstajemy skoro świt.
Jest niedziela, a w naszej grupie mamy księdza, więc Zbyszek odprawia mszę św dla chętnych. Pogoda jest cudowna, tylko upał trochę dokucza. Pakujemy się w pociąg do Moskwy. Jeszcze zrobienie zapasów wody na drogę, z głośników na dworcu leci wojskowy marsz i pociąg rusza.
Tak zaczyna się najbardziej chyba hardcorowy etap podróży - pociąg jest pełny, temperatura około 30 stopni, a okna w wagonach zabite na amen (zatworeno na zimu). No cóż, po 23 godzinach jazdy meldujemy się w Moskwie. Jest kolejny piękny,upalny dzień.
Stolica Rosji robi z kolei wrażenie metropolii, ale czas nas goni, musimy dostać się szybko na na lotnisko. Jazda busami na Szeremietiewo trwa długo, korki jak u nas, robimy trochę zdjęć.
Dojeżdżamy na lotnisko i zaczynamy walkę z nadbagażem - można mieć tylko 20 kg. Przepakowujemy plecaki, zakładamy dużo rzeczy na siebie (cały czas jest upał). Mam 22 kg nie jest żle. Płacę 120 rubli. Lot do Mineralnych Wód trwa ponad 2 godż i mija przyjemnie.
W dobrych nastrojach odbieramy bagaże (nic na szczęście nie zginęło) i już oddychamy kaukaskim powietrzem.
Czekają na nas Lena i Walery – Rosjanie, u których mamy się zatrzymać. Ładujemy wory na dach samochodu i w drogę. Mamy jeszcze do przebycia około 200 km.
Krajobraz na razie jest dosyć płaski, ale z każdą chwilą robi się coraz bardziej "kaukasko". Mijamy liczne posterunki milicyjne i wojskowe. Mamy wszystkie wymagane dokumenty i pozwolenia więc problemów nie ma. Wjeżdżamy do doliny Baksan, potężnej jak całe chyba Tatry. Wokół już monumentalne góry, jeszcze zielone zbocza, dnem doliny płynie rzeka Baksan.
Jednocześnie mnóstwo resztek posowieckich budowli, magazynów, metalowych konstrukcji - wszystko opuszczone i zaniedbane. Piorunujące wrażenie robią 8-10 piętrowe bloki zbudowane przez Rosjan, stojące pośród gór. Są w kiepskim stanie, ale ludzie w nich mieszkają.
Pod wieczór docieramy do miejscowości NEITRINO, gdzie mieszkają Lena z Walerym. Okazuje się że również mieszkają w takim bloku i to na 8 piętrze. Z podziwem patrzymy na działającą w bloku windę ale wolimy wchodzić po schodach. Mamy do dyspozycji całe piętro,dużo miejsca, kuchnia i wreszcie można się troche umyć. Jemy kolację przygotowaną przez Lenę. Wieczorem relaks, piwo i plany na następne dni. Za oknem słychać rzekę Baksan,dalekie pomruki burzy i wiatr. Rozmyślam, jak daleko jestem od domu i co teraz robią moi bliscy.
To dziwne - czym bardziej oddalasz się od tych, których kochasz, tym bardziej ci ich brakuje.
A może właśnie po to są te rozstania. Żeby to sobie uświadamiać……..