| Góry – przeciwnik czy sposób na życie? |
|
| sobota, 26. czerwiec 2010 , 17:32 |
|
|

Ostatnia, kwietniowa wyprawa w Himalaje Nepalu, skłoniła mnie do napisania kilku refleksji na temat kierunku w jakim rozwija się wspinaczka górska, właściwie cała turystyka związana z górami. Temat to nie nowy, już od wczesnych lat eksploracji naszych Tatr, toczyły się spory i dyskusje – czym powinny być góry dla człowieka? 17 sierpnia 1907 roku na dorocznym spotkaniu Towarzystwa Tatrzańskiego, Mieczysław Karłowicz poruszył kwestię przeważania sportowego kierunku w publikacjach na łamach organu Towarzystwa Tatrzańskiego – „Taternika” i wyraził życzenie, żeby redakcja kładła nacisk na stronę estetyczną turystyki górskiej.
Sprawa to, była odbiciem żywych w tamtych latach polemik, podejmowanych w gronie polskich taterników z których część, zgrupowana wokół lwowskiego „Himalaya Klubu” (Klemensiewicz, Kordys, Maślanka), widziała w taternictwie przede wszystkim sport. Poglądy Karłowicza – całkowicie różniące się od innych członków Himalaya Klubu, miały wielu zwolenników, ale to nie oni stanowili o przyszłości polskiego taternictwa.
Jan Alfred Szczepański, twierdził że znamienną cechą turystyki Karłowicza, była romantyczna ucieczka przed światem i w żadnym razie nie może on być ideałem dla taternika. Jakże inne to były czasy. Dziś Karłowicz, ze swoim wzniosłym, uroczystym podejściem do samego przebywania w górach, wydaje się czystym anachronizmem.
Kiedy czytam dziś o wyczynach najlepszych wspinaczy-zdobywców, śledzę kolejne doniesienia o łamaniu barier możliwości ludzkich, przychodzi mi na myśl pierwotny kontakt człowieka z górami.
Góry są niedostępne i groźne – co skłania ludzi aby zagłębiali się w ten świat. Dziś właściwie nie ma już białych plam na górskich mapach. Wszystko, lub prawie wszystko, zostało zmierzone, określone, nazwane. Wszędzie stanęła stopa ludzka.
Być może w tym sensie, pierwszym zdobywcom było łatwiej, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, można było być pierwszym na szczycie. Dziś pozostały tylko nowe drogi, nowe warianty, zimowe wejścia lub wymyślanie nowych rekordów. I toczy się walka.
Ostatnio głośno było o pierwszej kobiecie – zdobywczyni korony Himalajów (ściślej mówiąc korony Himalajów i Karakorum) - OH EUN-SUN.
Koreanka, podobno bardzo tajemnicza osoba, nie jest lubiana w środowisku himalaistów.
W zdobywaniu kolejnych ośmiotysięczników, pomagał jej cały sztab ludzi, właściwie od początku do końca miała przygotowaną drogę, nieograniczone możliwości finansowe, wsparcie medialne.
Jej wyczyny traktowane były trochę jak dobro narodowe. Miss OH nie utrzymuje kontaktów z innymi himalaistami. W wyprawach towarzyszyli jej tylko tragarze i Szerpowie którzy mieli zawsze zakaz udzielania wywiadów i jakichkolwiek informacji. Pojawiły się nawet wątpliwości w kilku przypadkach – czy rzeczywiście była na szczycie?
Mnie bardziej nurtuje pytanie, jakie były motywy jej działania? Co czuła, zdobywając kolejne najwyższe szczyty świata? Czy to było marzenie jej życia, do którego zmierzała od najmłodszych lat, czy może zrządzenie losu?
Czym właściwie były dla niej wyprawy w najwyższe góry świata?
Miss OH to teraz wielka sława, najwyższy poziom himalaizmu, dlatego jest dobrym przykładem. Ale te pytania zadaję sobie zawsze, w każdym przypadku. W przypadku zwykłych ludzi chodzących w góry, wspinających się na jakiekolwiek szczyty, także w swoim przypadku.
Pytaniem zasadniczym jest dla mnie kwestia motywu przebywania w górach. Co takiego dzieje się w nas że chcemy coraz dalej i wyżej.
Dla mnie istotą kontaktu z górami jest samotność. Tak jak góry w swojej zbiorowości tworzą grupę, ale każda z osobna jest wyodrębnioną jednostką – samodzielnym bytem, tak ludzie tworzą społeczność, ale każdy człowiek, kiedy staje twarzą w twarz z górami, jest sam.
Działamy w grupie, ale będąc tam wysoko, jest się najbliżej samego siebie.
Pisze M. Karłowicz :
„leżąc tutaj na wonnej łące, w cudowny dzień lipcowy, doznawałem wrażenia tak obcego
mieszkańcom równin : uczucia nieograniczonej wolności.
Zapomniałem o drobiazgach życia codziennego, zapomniałem o drobnych nadziejach,
marzeniach, zawodach.
Tutaj, wobec otaczających mię gór, czułem się tak małym, takim pyłkiem, że opanowała
mię żądza dążenia do rzeczy wielkich i szlachetnych. W tej dziwnej ciszy czerpałem siły
na przyszłe nieuniknione zapasy z losem i czułem, że każdy, kto by potrzebował spokoju
i odpoczynku, tutaj wróciłby w jednej chwili do siebie„
To piękne słowa, ale od razu rodzi się pytanie, czy tego spokoju właśnie potrzebujemy? Czy wspinacz, który poświęca całe swoje życie dla zdobywania kolejnych szczytów, potrzebuje tego o czym pisze Karłowicz? Czy może dokładnie odwrotnie. |