Dochodzą kolejne osoby – składamy sobie gratulacje i robimy dziesiątki zdjęć.

Wiele lat temu Kilimandżaro było dla mnie nieosiągalnym marzeniem, czymś tak odległym jak kosmos. A teraz stałem na dachu Afryki i patrzyłem na wieczne, ginące już niestety śniegi wielkiej góry.
Może jednak lepiej było pozostawić Kili tylko wyobrażeniem, pragnieniem przeżycia czegoś zupełnie wyjątkowego …
Kto wie …
Następnego dnia wieczorem byliśmy z powrotem w Arushy, gdzie znowu zachwycało mnie poranne nawoływanie Muezzina z pobliskiego meczetu.
Najpiękniejsze chyba miejsce które odwiedziliśmy to krater NGORONGORO – wspaniałe dzieło natury , na małym terenie o średnicy ok. 18 km żyją właściwie wszystkie afrykańskie zwierzęta, jest tam jezioro , mokradła , żyzne zielone pastwiska, lasy. Prawdziwy
eden.
Afrykanie nigdy się nie spieszą – do Dar es Salaam jechaliśmy autobusem tak długo, że ostatni prom na Zanzibar zdążył odpłynąć. Ale dzięki temu poznałem co oznacza prawdziwy afrykański upał – w hotelu bez światła i klimatyzacji, spędziłem noc głównie pod zimnym prysznicem. Nad oceanem Indyjskim o tej porze roku gorąco panuje nieubłagane – jak wewnątrz wilgotnego piekła.