Trekking na Kilimandżaro trasą Marangu, zaplanowany był na 6 dni. Moim zdaniem wystarczyłyby 4, ale od scenariusza wyznaczonego przez agencję nie ma odstępstw.
Tak więc pierwszego dnia przekroczyliśmy bramę Parku Narodowego aby po kilku godzinach spaceru przez piękny parujący las deszczowy dotrzeć do pierwszego schroniska – MANDARA HUT (2700 m). Następnego dnia etap do HOROMBO (3700 m).
Zapowiedziany przez przewodników na 5-6 godz. marszu, zajął mi 2,5 godz. lekkiego trekkingu. Zadziwiające jak łatwo pod Kilimandżaro zdobywało się wysokość. W końcu 1000 m przewyższenia to nie mało, a ja cały czas miałem wrażenie, że idę po płaskim terenie.
Trzeci dzień to już totalne lenistwo – dzień aklimatyzacyjny - zrobiliśmy tylko spacer pod niższy wierzchołek Kili – MAWENZI. Następnego – 4 dnia idąc przez pustynię alpejską osiągnęliśmy ostatnie schronisko – KIBO HUT (4800 m).
Wysokość dosyć znaczna – stąd już atakuje się szczyt. Aby zobaczyć wschód słońca na kraterze, ze schroniska wychodzi się ok. 1-2 w nocy i tak też zrobiliśmy. O północy pobudka, herbata i w ciemnościach wychodzimy na ostatni etap. Tempo jest wolne, idziemy za przewodnikiem wreszcie w trochę bardziej stromym terenie. Noc jest dosyć ciepła, ok. – 5 stopni, nie ma wiatru.
Około 4 rano jesteśmy na krawędzi krateru – GILMAN’s POINT (5681 m). Jeszcze dwie godziny do najwyższego punktu Kili. W okolicach Stella Point powoli zaczyna budzić się dzień.
Mimo, że nie jest to jakaś wybitna wspinaczka, sceneria, bliskość szczytu, czerwono-żółte słońce wschodzące nad górami – wszystko sprawia, że chwila jest podniosła. Magia Kilimandżaro działa.
Około 6.30 staję na UHURU PEAK – 5895 m – najwyższym punkcie Afryki. Świat dookoła jest w różnych odcieniach czerwieni, nawet lodowiec nie oślepia bielą. W oddali wspaniały widok na Mount MERU (4562 m).