
Docieramy tam ok. 14.00 i mamy jeszcze dość czasu aby wybrać się na pobliski Lenana Point. Potem omawiamy jutrzejszą akcję z przewodnikiem.
Będziemy wspinać się klasyczną południowo-wschodnią drogą o trudnościach IV do IV+.
Zamierzaliśmy wejść na NELIONA, przedostać się przez przełęcz Wrota Mgieł i osiągnąć BATIAN- skąd powrót tą samą drogą.Rzeczywistość trochę zweryfikowała nasze zamierzenia.
Pobudka o 5 rano – początkowo wzdłuż małego stawu kierujemy się w stronę lodowca, zakładamy raki i po przejściu lodowca, mozolnie po osypujących się piargach pod górę.
Robi się coraz jaśniej – wschód słońca zastaje nas dokładnie pod ścianą.
Jest pięknie, sami w całym masywie przygotowujemy się do wspinaczki – o 7 rano wbijamy się w ścianę.
Nad głowami 500 metrów suchej, litej skały. Do szczytu Neliona robimy 15 wyciągów, miejscami teren jest bardzo trudny, eksponowany trawers blisko szczytu sporo mnie kosztował.

Dodatkowo wspinaczkę utrudnia wysokość, to jednak powyżej 5000 m n.p.m i musimy odpoczywać chwilę po każdym wysiłku.
O 12.20 stajemy na szczycie Neliona i robi się jasne, że nie mamy czasu aby przejść przez Wrota Mgieł na Batiana.
Wiązało by się to z biwakiem w ścianie, a nie mamy śpiworów.
Na szczycie jest mglisto, widoczność spada, zaczyna sypać śnieg.
Odpoczywamy chwilę, robimy zdjęcia, czas wracać.
2 lata temu austriaccy zaopatrzyli drogę na ścianie w ringi zjazdowe, linia zjazdów jednak nie jest tak oczywista.
Na szczęście Kim – nasz przewodnik i partner, zna ścianę jak własną kieszeń.
Długie, 50. metrowe zjazdy są emocjonujące – widoczność miejscami spada do kilku metrów, jeden ze zjazdów nazwaliśmy z Pawłem „zjazdem do piekła”.
Trochę obiłem nogę wpadając w wąski komin, ale ogólnie wszystko poszło dobrze.
Mieliśmy szczęście – lina zaklinowała się raz – na ostatnim zjeździe.
Przed 17 byliśmy z powrotem pod ścianą.
Pozostało tylko zejście po piargach, przejście lodowca i znowu Austrian Hut.
Musieliśmy schodzić dalej, nie było miejsca do spania i już w ciemnościach, kompletnie wyczerpani ok. 22.00 doczłapaliśmy do SHIPTON HUT na 3700 m.
Nie wyglądaliśmy tego wieczoru najlepiej, ale powoli docierało do nas to, że zrobiliśmy naprawdę trudną górę. Mimo zmęczenia długo nie mogłem zasnąć, wspominając co bardziej emocjonujące momenty wspinaczki.
zobacz więcej zdjęć
Rankiem wspaniała pogoda i widok na Mt.Kenia żegnały nas schodzących na dół.
W sobotę spotkaliśmy się z Basią i już wspólnie wróciliśmy do Nairobi, aby odebrać z lotniska grupę, która razem z nami szła na Kilimandżaro.
Dla mnie najważniejszy etap wyprawy się zakończył. Zdobycie któregoś z głównych wierzchołków Mt.Kenia było priorytetem i to osiągnęliśmy. Wiedziałem, że Kili nie jest górą trudną do zdobycia i tylko jakiś kataklizm może uniemożliwić wejście.
Pozostały więc atrakcje turystyczne i trekking.
Ale o tym za tydzień
Roman Odolczyk