Ta taktyka (jak się okazało – słuszna) łączyła w sobie większą atrakcyjność wyjazdu i skuteczniejszą aklimatyzację. Lecimy, więc do stolicy Ekwadoru – Quito.
Pierwszym etapem jest Madryt, gdzie po ok. 4 godzinach lotu z Warszawy mamy spędzić noc. IBERIA jest dość liberalna, jeśli chodzi o nadbagaż, większość z nas ma ponad 23 kg, ale nikt nie płaci. Mamy cały wieczór, żeby pochodzić po centrum tętniącego życiem miasta. Pełno ludzi, mimo późnej pory gwar i ruch na ulicach. Nie idziemy wcześnie spać.
Nazajutrz ponad 11-godzinny lot do Quito. Samolotem wraz z nami lecą prawie sami Ekwadorczycy (podobno dużo ich pracuje w Hiszpanii). Robi się nieco egzotycznie. Latynosi, szczególnie ci z Ekwadoru różnią się znacznie od europejczyków, większość to typowe indiańskie twarze. Pierwszy powiew Ameryki Płd.
Gonimy dzień – prawie cały czas za oknami samolotu jest jasno i pogodnie. Lecąc ponad chmurami można obserwować wspaniałe „górskie” widoki, w tym świecie jednak wspinaczka jest niemożliwa.
Lądowanie w Quito nie jest zbyt przyjemne. Miasto leży na wysokości 2850 m n.p.m. pomiędzy górami i samolot leci slalomem.
Jest 19 wieczorem. Jesteśmy w Ekwadorze. Zyskaliśmy 6 godzin życia. Pachnie Ameryką Płd.
Jeszcze w samolocie, Ekwadorki chowają pod ubranie koce, które leżą na siedzeniach. To pierwszy znak, że jesteśmy w bardzo biednym kraju. Po szybkiej i bezproblemowej odprawie, spotykamy się przed budynkiem lotniska z resztą ekipy i już wspólnie, wynajętym busem udajemy się do BANOS. To pierwsza miejscowość na naszej trasie, około 4 godziny drogi od Quito. Banos to takie ekwadorskie Zakopane. Pięknie położona, wśród lasów deszczowych miejscowość jest centrum turystycznym z mnóstwem atrakcji typu
rafting, canyoning czy wycieczki do dżungli. Docieramy tam około 2 w nocy, rzeczy zostawiamy w hostelu i idziemy na kolację.
O tej porze wszystko jest otwarte, słychać muzykę i gwar – to wszystko trochę oszałamia i ten stan będzie mi towarzyszył w Ekwadorze podczas każdego pobytu w miastach.
Jedzenie jak wszędzie w tym kraju, szokująco tanie i bardzo smaczne. Mimo ostrożności jednak, większość z nas miała kłopoty żołądkowe, które na szczęście nie trwały zbyt długo. W Ekwadorze nie omija to prawie wszystkich europejczyków.
W Banos spędziliśmy zaledwie jeden dzień – udało się zobaczyć kawałek miasta, odbyć
canyoning i
rafting na rzece. Spodziewałem się upałów a temperatura jest umiarkowana. W dzień 16-17 stopni. Cały czas jednak przebywamy w środkowej części Ekwadoru, gdzie wysokości miast sięgają 2600-2800 m n.p.m. i po prostu nie może być upalnie.