African story by Roman 2009 (II) - Twój Portal Gospodarczy - Spedycje.pl
 

African story by Roman 2009 (II)
 
niedziela, 01. marzec 2009 , 10:54
 
Ludzie, pasje i ich opowieści
Trekking, safari i... Zanzibar
Jeszcze przed wyjazdem do Tanzanii odbyliśmy dwudniowe safari w Parku Narodowym MASAI MARA. Jest to ogromny teren łączący się z tanzańskim SERENGETI. Można poobserwować właściwie większość afrykańskich zwierząt choć czasem robi się zabawnie, kiedy wokół stadka lwów gromadzi się 10-12 samochodów terenowych z turystami.
Masajowie wypasają tam swoje stada bydła, za odpowiednią opłata pozwalają się fotografować a nawet zapraszają do swej wioski.
do słoni to którędy?
Najpiękniejsze w Afryce są chyba wschody słońca kiedy świt przynosi czyste jeszcze powietrze i zalewa światłem sawanny.
..e tam, w cyrku widziałem większe

co za korki...
[ban]
gdzie ja to zostawiłam?
ale upały w tym roku
Następnego dnia po Masai Mara byliśmy już w Tanzanii – przywitała nas upałem i kurzem.
Zatrzymaliśmy się w ARUSHY- mieście tętniącym życiem i pełne meczetów.

Rano obudził nas śpiew muzeina – było to dla mnie mistyczne przeżycie – jest coś magicznego w modlitwach muzułmanów. ARUSHA to miasto wymagające czasu – my go zbyt wiele nie mieliśmy.
Trekking na Kilimandżaro trasą Marangu, zaplanowany był na 6 dni. Moim zdaniem wystarczyłyby 4, ale od scenariusza wyznaczonego przez agencję nie ma odstępstw.
Tak więc pierwszego dnia przekroczyliśmy bramę Parku Narodowego aby po kilku godzinach spaceru przez piękny parujący las deszczowy dotrzeć do pierwszego schroniska – MANDARA HUT (2700 m). Następnego dnia etap do HOROMBO (3700 m).
Zapowiedziany przez przewodników na 5-6 godz. marszu, zajął mi 2,5 godz. lekkiego trekkingu. Zadziwiające jak łatwo pod Kilimandżaro zdobywało się wysokość. W końcu 1000 m przewyższenia to nie mało, a ja cały czas miałem wrażenie, że idę po płaskim terenie.
Trzeci dzień to już totalne lenistwo – dzień aklimatyzacyjny - zrobiliśmy tylko spacer pod niższy wierzchołek Kili – MAWENZI. Następnego – 4 dnia idąc przez pustynię alpejską osiągnęliśmy ostatnie schronisko – KIBO HUT (4800 m).
Wysokość dosyć znaczna – stąd już atakuje się szczyt. Aby zobaczyć wschód słońca na kraterze, ze schroniska wychodzi się ok. 1-2 w nocy i tak też zrobiliśmy. O północy pobudka, herbata i w ciemnościach wychodzimy na ostatni etap. Tempo jest wolne, idziemy za przewodnikiem wreszcie w trochę bardziej stromym terenie. Noc jest dosyć ciepła, ok. – 5 stopni, nie ma wiatru.
Około 4 rano jesteśmy na krawędzi krateru – GILMAN’s POINT (5681 m). Jeszcze dwie godziny do najwyższego punktu Kili. W okolicach Stella Point powoli zaczyna budzić się dzień.
Mimo, że nie jest to jakaś wybitna wspinaczka, sceneria, bliskość szczytu, czerwono-żółte słońce wschodzące nad górami – wszystko sprawia, że chwila jest podniosła. Magia Kilimandżaro działa.
Około 6.30 staję na UHURU PEAK – 5895 m – najwyższym punkcie Afryki. Świat dookoła jest w różnych odcieniach czerwieni, nawet lodowiec nie oślepia bielą. W oddali wspaniały widok na Mount MERU (4562 m).
Dochodzą kolejne osoby – składamy sobie gratulacje i robimy dziesiątki zdjęć. 
Wiele lat temu Kilimandżaro było dla mnie nieosiągalnym marzeniem, czymś tak odległym jak kosmos. A teraz stałem na dachu Afryki i patrzyłem na wieczne, ginące już niestety śniegi wielkiej góry.
Może jednak lepiej było pozostawić Kili tylko wyobrażeniem, pragnieniem przeżycia czegoś zupełnie wyjątkowego …
Kto wie …

Następnego dnia wieczorem byliśmy z powrotem w Arushy, gdzie znowu zachwycało mnie poranne nawoływanie Muezzina z pobliskiego meczetu.
Najpiękniejsze chyba miejsce które odwiedziliśmy to krater NGORONGORO – wspaniałe dzieło natury , na małym terenie o średnicy ok. 18 km żyją właściwie wszystkie afrykańskie zwierzęta, jest tam jezioro , mokradła , żyzne zielone pastwiska, lasy. Prawdziwy eden.
Afrykanie nigdy się nie spieszą – do Dar es Salaam jechaliśmy autobusem tak długo, że ostatni prom na Zanzibar zdążył odpłynąć. Ale dzięki temu poznałem co oznacza prawdziwy afrykański upał – w hotelu bez światła i klimatyzacji, spędziłem noc głównie pod zimnym prysznicem. Nad oceanem Indyjskim o tej porze roku gorąco panuje nieubłagane – jak wewnątrz wilgotnego piekła.
Kilka ostatnich dni to ZANZIBAR.
Oddalona o 3 godziny wyspa, jest częścią Tanzanii, posiada jednak szeroką autonomię, własny parlament i rząd. Po przybyciu jest normalna odprawa paszportowa. Na wyspie która jest w 95 % muzułmańska widać nieco wyższy poziom życia, większy porządek, lepsze drogi.
 
Wyspa słynie z plantacji goździków, pięknych plaż, seledynowych zatok i flotylli drewnianych, rybackich łódek. Sporo tu turystów, hotele i rezydencje zajmują coraz większe odcinki na brzegu oceanu. Jest kolorowo, Zanzibar City ze swoją starą, wspaniałą częścią zwaną STONE TOWN, zachwyca klimatem, wąskimi uliczkami i barwnym tłumem ludzi.
Zresztą Afryka to właśnie przede wszystkim ludzie. Pasujący do krajobrazu, światła, zapachu. Przeważnie biedni i żyjący w warunkach dla nas, europejczyków nie do pojęcia, znoszą swój los pogodnie i wytrwale. Nie spotkałem tam ludzi zgorzkniałych, na skraju depresji, izolujących się od otoczenia czy po prostu smutnych.

Tak, jak ich kontynent, pulsują gorącem, słońcem i kolorami. Dużo rozmawiają, jeszcze więcej się śmieją. My jesteśmy poddanymi czasu – oni sami go kształtują. Dla nas, zdyscyplinowanych, hipochondrycznych europejczyków, czasami jest to nie do zniesienia. Ale może trochę nam tego brakuje.

W równym stopniu fascynująca co męcząca, pozostanie Afryka w mojej pamięci jako wspaniała wspinaczka na Neliona, magia Kilimandżaro, gorący oddech Zanzibaru i najbardziej kolorowe miejsce na ziemi.

Paweł – dziękuje za najlepszy wspin w życiu.

Roman Odolczyk
 
Materiał wydrukowany z serwisu www.spedycje.pl