Ludzie, pasje i ich opowieści
Po dłuższym czasie milczenia, swoją relację z kolejnej wyprawy nadesłał nam nasz globtroter z Wirażowej - Roman Odolczyk. Roman na co dzień pracuje, jako spedytor lotniczy w jednej z placówek Rusak Businnes Services na warszawskim Okęciu.
Po wyprawach na Elbrus, w Alpy i Andy, przyszła pora na obejrzenie "śniegów Kilimanjaro". Od czasów pobytu Ernesta Hemingwaya minęło już trochę lat (1935) i ... śniegów ubyło.
Ale, Simone Moro, słynny włoski himalaista, powiedział kiedyś -
w afrykańskie góry jeździ się głównie dla kolorów.
Wszędzie w świecie na wysokościach powyżej 5000-6000 m n.p.m przeważa oślepiająca biel lodowców, wiecznych śniegów. Lodowce pozostały także i na
Kili i na Mt. Kenya, ale jednak różnorodność kolorów jest tu wyjątkowa.
Podobnie zresztą jak w całej Afryce.
Dwie najwyższe góry Afryki to położone w Kenii i Tanzanii masywy Kilimanjaro – 5895 m i Mount Kenya – 5199 m. I tym razem ich zdobycie było celem mojego wyjazdu. Wyjechaliśmy 16 stycznia 2009r.
Początkowo wyprawa pod roboczym tytułem African Story, miała obejmować jeszcze trzeci szczyt Afryki – Margheritę w ugandyjskim masywie Ruwenzori, jednak głównie z powodów finansowych (
ach ten kryzys) projekt został okrojony.
W czasach kiedy w ciągu kilku czy kilkunastu godzin możemy znaleźć się na drugim końcu świata, wyjście z samolotu lecącego z zimnego, deszczowego Amsterdamu do gorącej stolicy Kenii – Nairobi po prostu oszałamia.
Upał, może nie jest tak bardzo dokuczliwy (Nairobi leży na wysokości 1700 m), nie mniej, w porównaniu z Europą jest gorąco. Po za tym Afryka pachnie inaczej i od pierwszego momentu zadziwia różnorodnością, kontrastami i egzotyką.
Pierwszy tydzień przeznaczony na zdobycie Mt.Kenya, spędzimy w trójkę z Basią i Pawłem.
Najwyższy szczyt Kenii ma 3 wierzchołki – bliźniacze, typowo wspinaczkowe Nelion i Batian, oraz ten trzeci - Lenana Point – wierzchołek przeznaczony do trekkingowego wejścia. Razem z Pawłem spróbujemy wejść na główny szczyt, natomiast Basia zdobędzie Lenana Point – 4985 m.

Organizacyjnie wszystkimi naszymi sprawami zajmuje się agencja turystyczna Savuka Travel.
Tak to już jest w Afryce, że zarówno trekking i wspinaczkę na
Kili i Mt.Kenia, wszelkie atrakcje typu safari, przejazdy i noclegi itp. załatwia za ciebie agencja.
Było kilka niespodzianek, jak na przykład ta, że banknoty USD sprzed 2000 roku nie są przyjmowane.
Ale… ogólnie jednak z usług Savuki byliśmy zadowoleni.
Już następnego dnia po przylocie byliśmy w miejscowości Nanyuki, leżącej dokładnie na równiku .
I teraz mogę potwierdzić, że spływająca do wiadra woda rzeczywiście kręci się w przeciwnych kierunkach w zależności od półkuli na której stoimy, natomiast na linii równika leci prosto.
Nanyuki – typowe afrykańskie miasto, zatłoczone, chaotycznie zabudowane, pełne niedokończonych domów i tonące w śmieciach.
Jak zresztą cała Kenia czy Tanzania.
Nikt tu nie sprząta, sterty śmieci i odpadków zalegają na ulicach i poboczach drogi.
Po jednej nocy spędzonej w miejscowym hotelu, wyruszamy do Parku Narodowego pod Mt.Kenia.
W ciągu trzech dni trekkingu do wysokości prawie 4700 m n.p.m, przechodzimy przez kolejne strefy roślinne od lasu równikowego do pierwszych śniegów.
Mt.Kenia to masyw piękny – znacznie ładniejszy od Kilimanjaro, o wyglądzie alpejskim – w okolicach schroniska SHIPTON HUT (3700 m) otaczają nas dokoła ostre, strzeliste szczyty.

Batian i Nelion wyglądają imponująco i groźnie.
Od rana widoczność jest doskonała, potem nadchodzą chmury i mgła.
Roślinność jest tu również wspaniała – wszechobecne Lobelie w różnych fazach wzrostu, od małych krzaków po całkiem spore drzewa.
W okolicach schroniska pełno jest małych zwierzątek zwanych góralkami.
Podobno są blisko spokrewnione ze słoniem.
Trzeciego dnia o 3.00 w nocy Basia wraz z przewodnikiem wychodzi na szczyt Lenana Point i po 4 godzinach stają na szczycie.
Rano mijamy się jeszcze – ona wraca już na dół, ja i Paweł idziemy do ostatniego schronu AUSTRIAN HUT (ok. 4700 m) skąd zaatakujemy szczyt.

Docieramy tam ok. 14.00 i mamy jeszcze dość czasu aby wybrać się na pobliski Lenana Point. Potem omawiamy jutrzejszą akcję z przewodnikiem.
Będziemy wspinać się klasyczną południowo-wschodnią drogą o trudnościach IV do IV+.
Zamierzaliśmy wejść na NELIONA, przedostać się przez przełęcz Wrota Mgieł i osiągnąć BATIAN- skąd powrót tą samą drogą.Rzeczywistość trochę zweryfikowała nasze zamierzenia.
Pobudka o 5 rano – początkowo wzdłuż małego stawu kierujemy się w stronę lodowca, zakładamy raki i po przejściu lodowca, mozolnie po osypujących się piargach pod górę.
Robi się coraz jaśniej – wschód słońca zastaje nas dokładnie pod ścianą.
Jest pięknie, sami w całym masywie przygotowujemy się do wspinaczki – o 7 rano wbijamy się w ścianę.
Nad głowami 500 metrów suchej, litej skały. Do szczytu Neliona robimy 15 wyciągów, miejscami teren jest bardzo trudny, eksponowany trawers blisko szczytu sporo mnie kosztował.

Dodatkowo wspinaczkę utrudnia wysokość, to jednak powyżej 5000 m n.p.m i musimy odpoczywać chwilę po każdym wysiłku.
O 12.20 stajemy na szczycie Neliona i robi się jasne, że nie mamy czasu aby przejść przez Wrota Mgieł na Batiana.
Wiązało by się to z biwakiem w ścianie, a nie mamy śpiworów.
Na szczycie jest mglisto, widoczność spada, zaczyna sypać śnieg.
Odpoczywamy chwilę, robimy zdjęcia, czas wracać.
2 lata temu austriaccy zaopatrzyli drogę na ścianie w ringi zjazdowe, linia zjazdów jednak nie jest tak oczywista.
Na szczęście Kim – nasz przewodnik i partner, zna ścianę jak własną kieszeń.
Długie, 50. metrowe zjazdy są emocjonujące – widoczność miejscami spada do kilku metrów, jeden ze zjazdów nazwaliśmy z Pawłem „zjazdem do piekła”.
Trochę obiłem nogę wpadając w wąski komin, ale ogólnie wszystko poszło dobrze.
Mieliśmy szczęście – lina zaklinowała się raz – na ostatnim zjeździe.
Przed 17 byliśmy z powrotem pod ścianą.
Pozostało tylko zejście po piargach, przejście lodowca i znowu Austrian Hut.
Musieliśmy schodzić dalej, nie było miejsca do spania i już w ciemnościach, kompletnie wyczerpani ok. 22.00 doczłapaliśmy do SHIPTON HUT na 3700 m.
Nie wyglądaliśmy tego wieczoru najlepiej, ale powoli docierało do nas to, że zrobiliśmy naprawdę trudną górę. Mimo zmęczenia długo nie mogłem zasnąć, wspominając co bardziej emocjonujące momenty wspinaczki.
zobacz więcej zdjęć
Rankiem wspaniała pogoda i widok na Mt.Kenia żegnały nas schodzących na dół.
W sobotę spotkaliśmy się z Basią i już wspólnie wróciliśmy do Nairobi, aby odebrać z lotniska grupę, która razem z nami szła na Kilimandżaro.
Dla mnie najważniejszy etap wyprawy się zakończył. Zdobycie któregoś z głównych wierzchołków Mt.Kenia było priorytetem i to osiągnęliśmy. Wiedziałem, że Kili nie jest górą trudną do zdobycia i tylko jakiś kataklizm może uniemożliwić wejście.
Pozostały więc atrakcje turystyczne i trekking.
Ale o tym za tydzień
Roman Odolczyk